piątek, 5 maja 2017

Wybrany



Zostałem przez ciebie wybrany, mimo że od początku byłem popsuty. Uszkodzony. Ale ty nie zwracałaś na to uwagi. Obejmowałaś mnie, napełniałaś ciepłem.
Twoje pocałunki… Czasami delikatne. A innym razem tak mocne i gwałtowne, że brakowało mi tchu. Przesuwałaś po mnie swoje dłonie, usta. Drażniłaś dotykiem. A potem obmywałaś delikatnie, z czułością.
Inni uważali, że nie jestem dla ciebie dość dobry. Zwłaszcza twój Cień, nie raz spoglądał na mnie zdegustowany i sugerował, że zasługujesz na coś lepszego. Marszczyłaś wtedy piegowaty nos i kręciłaś głową.
Kochałaś mnie. A potem zniszczyłaś.
Dobrze pamiętam ten dzień. Krzyczałaś. Oczy ci błyszczały i miałaś zaróżowione policzki. Twój dotyk ranił. Milczałem, bo co miałem powiedzieć? On też milczał, Cień. Był tam z nami i patrzył na ciebie bez słowa. W końcu nie wytrzymałaś.
Świat rozpadł się na kilka kawałków. Leżałem na posadzce. Rozbity, oszołomiony.
Wtedy oprzytomniałaś. Uklękłaś obok i zaczęłaś płakać. Próbowałaś zbierać to, co ze mnie zostało. Bezskutecznie.
Cień podszedł cicho, ukucnął przy tobie i przytulił. Oparłaś głowę o jego ramię, już nie pamiętałaś, co cię zezłościło.
– Potłukłam…
Po twojej twarzy leciały łzy. –
– Cii, spokojnie. Kupimy nowy. Ten i tak był wyszczerbiony.


niedziela, 30 kwietnia 2017

Zmywam naczynia



W kuchni półmrok. Za oknami nie ma już cieni, pozlewały się w szarość. Ludzi też brak, zniknęli gdzieś w innym czasie, jakiejś odległej przestrzeni.
Zmywam naczynia. Po rękach spływa mi woda. Ciepła, prawie gorąca. Parzy. Zaciskam gąbkę w dłoni. Wycieka pełno piany. Obmywam dokładnie pierwszy talerz, potem spłukuję. Odstawiam na suszarkę. Później biorę kolejny. I następny. Obmywam, spłukuję, odstawiam.
Świat się zapętlił, zakręcił. Ruchy, myśli powtarzane bez przerwy, w nieskończoność. I nagle koniec. Zlew jest pusty. Zakręcam kran i z niedowierzaniem wpatruję się w umyte naczynia. To już wszystko? Nic nie zostało? Wreszcie sięgam po ręcznik i wycieram ręce. Porządnie, do sucha.
Za okami cisza.
Zapalam światło.




sobota, 22 kwietnia 2017

Ona tam siedzi



Gdzieś między Niebem a Piekłem jest przestrzeń niczyja. Rzeczywistość wymieszana z przedmiotami tworzy świat. Czasami trochę za mały, czasami trochę za duży. Nigdy w sam raz.
Ona tam siedzi. Szykuje się do biegu, a wokół grzechoczą słowa. Dzień dobry. Chyba będzie padać deszcz. A może zaświeci słońce? Do widzenia. Uśmiechy. Do widzenia.
Szykuje się do biegu. Dlaczego nie pada słońce? Dlaczego nie świeci deszcz?
Teraz biegnie. Chce złapać autobus. Z daleka – czerwony i lśniący. Z bliska, widać smugi, odpryskuje lakier.
- A jak nie zdążysz? –  pyta anioł. Piękny, skrzydlaty.
- A jak nie zdążysz? – pyta anioł drugi. Brzydki, bez skrzydeł.